Spojrzałem kątem oka na chłopaka. Nie podszedł…nie zainteresowała go moja osoba… i dobrze. Rozejrzałam się dokoła w poszukiwaniu innych osób, które w okolicy mogłyby się szwendać. Pusto. Wszyscy siedzą w swoich pokojach, lub coś robią z innymi mieszkańcami sierocińca.
Zaczęłam iść przed siebie, a po krótkim czasie znalazłam się pod drzewkiem owocowym, na którym rosły pomarańcze. Ponownie się rozejrzałam i kilkoma zwinnymi ruchami wdrapałam się na jedną z gałęzi. Usiadłam na niej i oparłam się o pień sięgając po pomarańczowy owoc. Za pomocą moich cieni szybko pozbyłam się gorzkiej skórki i zabrałam się za słodki miąższ.
Czas szybko minął i zanim się obejrzałam, drzewku ubyły trzy pomarańcze. Mogłabym rzec, że śniadanie mam już za sobą. Lepsze to niż głodowanie, no, ale do płatek czy grzanek nie będę tego porównywać.
Wiatr mocniej zawiał omal nie zrzucając mnie z gałęzi. Liście zaszeleściły, lecz mogłam usłyszeć coś jeszcze. Kroki…odgłos stąpania po żwirze. Spojrzałam w dół i zobaczyłam tego samego chłopaka, co wcześniej. Jego szarawe włosy były przemoczone tak samo jak ubrania. Przez to siedzenie nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął padać deszcz. Chciałam mu się przyjrzeć dokładniej, lecz wiatr zechciał zrzucić z gałęzi pomarańcze wprost na moją głowę. Pisnęłam cicho lekko wystraszona. Wystarczyło to nieznajomemu by ustalić gdzie się znajduje. Znów spojrzał na mnie, prosto w oczy, a ja znów spuściłam wzrok, jednak wymusiłam na mojej twarzy delikatny uśmiech.
<Trev?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz